Moja podróż … Integracja !!!

Moja podróż … Integracja !!!

Dotarliśmy już do kresu tego cyklu, to ostatni odcinek choć nie obiecuję, że już nie będę więcej wspominać o Ayahusace (cały cykl znajdziecie TUTAJ). Pewnie jakieś wspomnienia i okoliczności pojawią się w moich kolejnych tekstach, bo nie ukrywam to co się wydarzyło w moim życiu dzięki medycynie na pewno zostanie ze mną na dłużej. Po przeczytaniu relacji ze wszystkich ceremonii nasuwa się jednak proste pytanie… czy naprawdę było warto ? No i co w ogóle z tego wynika ?

Każdy kto miał kiedykolwiek styczność z Ayahuascą powie, że to co się dzieje na ceremonii ma oczywiście znaczenie ale najważniejszy jest w późniejszym czasie okres integracji, czyli wprowadzenia w życie zmian zarówno tych świadomych, jak i bardziej nieświadomych. Czasem to po prostu zaufanie sobie i puszczenie w ruch wiru wydarzeń. No bo to co jest piękne to fakt, że wiele rzeczy dzieje się poza tym co możemy realnie i sprawnie ogarnąć naszym małym rozumkiem.

 

Po pierwszej ceremonii proces integracji był dość płynny… bo w sumie nic nie pamiętałam. Dlatego to co się wydarzyło zadziało się wyłącznie na poziomie nieświadomym. Na pewno pozbyłam się paskudnego nałogu w postaci picia coli zero ale też zaczęłam się czuć lepiej z samą sobą.

 

To co strasznie wytrącało mnie z równowagi oraz powodowało złe samopoczucie to był fakt absolutnego braku kontroli w zakresie żywienia. Robiłam wiele podejść, próbowałam wielu diet, cateringów ale i tak słodycze wygrywały ze mną… Co tam słodycze, żarcie po prostu mną rządziło i byłam absolutnie niezdolna do opanowania ciągłego głodu i napadów różnych słabostek. Nawet jeśli kilka dni udawało mi się utrzymywać czystą michę to i tak w piąteczek jechałam po bandzie wkładając w siebie niekontrolowane ilości cukru. Prawie codzienne treningi nie poprawiały sytuacji bo one po pierwsze czyniły mnie mniej odporną na pokusy, a dodatkowo wzmagały głód.

 

To właśnie w tym temacie już po pierwszej ceremonii zauważyłam sporą zmianę. Fakt nadal żarłam kompulsywnie ale napady zdarzały mi się rzadziej i łatwiej było mi opanować dietę. Okresy trzymania michy stały się dłuższe, a ja straciłam na wadze. Wiecie trenując trudno jest wyłapać pewne rzeczy ale ostatecznie wiadomo, że jeśli odżywiamy się gównem to będziemy się też czuć jak gówno.

 

Druga ceremonia przyniosła mi sporo spokoju, takiego wewnętrznego spokoju. Pozwoliła mi na bardziej zrelaksowane życie. Miałam konkretny plan w ręce i nie potrzebowałam nic więcej. Nie miałam już ochoty miotać się jak wyrzucona na brzeg ryba. Dodatkowo Ayahusca obiecała mi wtedy, że „zajmie się moją dietą”. Udało mi się udać do pewnego dietetyka, który ustawił mi dość kontrowersyjną dietę… a w sumie może bardziej tradycyjną i nagle zaczęłam się czuć dobrze, poprawiły mi się wyniki sportowe, a dodatkowo wszyscy zauważyli, że lepiej wyglądam.

 

Pomyślicie sobie ale co to wszystko tak poszło w żarcie ?? 😉 Można tak powiedzieć tylko w wielu przypadkach żarcie jest tylko objawem innych problemów. W ten sposób kompensujemy sobie, dopierdalamy i dokonujemy jeszcze wielu bardzo ciekawych czynów na sobie samym, żarcie jest tylko narzędziem. Wiele osób, które nie miały nigdy do czynienia z kompulsywnym objadaniem nie będzie w stanie zrozumieć jak trudno jest to czasem opanować, jak wiele prób musimy podejmować w życiu i jak wiele z nich jest przegranych. Gdyby dieta zależała od samego faktu przyswajania jedzenia i nie miała żadnego związku z naszymi emocjami to na świecie nie byłoby grubasów, jak również zniknęłyby wszelkiego rodzaju problemy z zaburzeniem odżywania…

 

To co dzieje się pod kopułą osoby zaburzonej trudne jest do określenia. Setki, tysiące powodów dla których trzeba w tym momencie ulec… i późniejsze zajadanie porażki. Nigdy nie cierpiałam na bulimię ani anoreksję ale jestem w stanie powiedzieć, że zdecydowanie jestem osobą cierpiącą na pewnego rodzaju zaburzenia odżywiania. Dlatego wcale się nie dziwię, że w moim przypadku proces integracji po dwóch ceremoniach głownie przejawił się w żarciu.

 

Miałam, więc  w sobie wiele spokoju, osiągnęłam stan całkiem fajnego samopoczucia ale w żarciu nadal się miotałam. Raz było dobrze, a raz źle. Ostatecznie ulegając modom (albo też idąc w kierunku autosabotażu) zarzuciłam dietę, która mi służyła i dałam ostro w kość swoim jelitom. Jakiś miesiąc przed trzecią ceremonią zrozumiałam, że muszę odstawić cukier…

 

Ten cel wydawał się tak nierealny… że sama w duchu się śmiałam i byłam przekonana, że wcześniej czy później polegnę. Zastosowałam jednak pewne ciekawe metody, o których na pewno wam wkrótce napiszę i udało się. Po prostu przestałam jeść słodycze… co ciekawe przestało mnie do nich ciągnąć.

 

Niestety nadal czułam się źle. Moje jelita krzyczały o pomoc, a ja nie bardzo wiedziałam co zrobić. Lekarze mają w nosie takie przypadki bo diagnozę wydają bez żadnych badań… o ma Pani jelitko drażliwe to Pani teraz ograniczy stres, sport i może najlepiej w ogóle nie wychodzi z domu bo to szkodzi. W naszym kraju w przypadku tego rodzaju przypadłości człowiek jest pozostawiony sam sobie. Co ja tam mówię… w naszym kraju w ogóle ciężko o jakiekolwiek leczenie … no ale ja nie o tym.

 

Jadąc na kolejne ceremonie bardzo chciałam naprawić swoje ciało… bardzo chciałam poczuć ulgę związaną z tym, że po pierwsze nie panuję nad żarciem, a po drugie nawet jeśli mi się udaje to ono zaczyna przypominać chwilami truciznę. Miałam wiele intencji na te dwie noce… no ale jak się zdążyliście zorientować wydarzyło się tak wiele, że proces integracji trwa do dzisiaj. Podejrzewam, że pełne działanie medycyny odczuję za kilka miesięcy.

 

Upłynął jednak ponad miesiąc i mogę powiedzieć, że moje jelita mają się zdecydowanie lepiej, a ja wróciłam do diety, która mi służyła i postanowiłam nie poddawać się żadnym modom ani też słuchać rad osób, które może i chcą dobrze ale chyba odpłynęły za bardzo w jakimś pseudo naukowym kierunku. Okazało się, że jedzenie w cale nie musi być sensem mojego życia i że mogę jeść naprawdę dobrze nie sprawiając sobie krzywdy i nie myśleć tylko o kolejnym cheat mealu (dość popularnym w dietach niezdrowym posiłku, który z reguły występuje raz w tygodniu).

 

Nie jem cukru już trzeci miesiąc… oczywiście nie jestem strasznym nazi i czasami raz na kilka tygodni zgwałcę swoje ciało odrobiną cukru ale nie jest to coś co powoduje, że wpadam w kolejny ciąg. Na co dzień w ogóle nie myślę o słodyczach, nie myślę o jedzeniu. Cieszę się z tego, że powoli odzyskuję kontrolę nad tym co dla mnie najbardziej istotne… Zabawne prawda ? Musiałam utracić w pełni kontrolę by ją zyskać ….

 

Pierwszy tydzień po ostatnich ceremoniach był dość trudny… wszystko we mnie buzowało, a ja popadałam ze skrajności w skrajność i choć twierdziłam, że tego nie robię to jednak próbowałam wszystko sobie w głowie poukładać, tak wiecie po mojemu i na mój rozum … jak można się domyślić cała integracja zaczęła się dopiero w momencie kiedy odpuściłam.

 

Bardzo długo też nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym świadomie znowu pojechać na ceremonię. Nie zrozumcie mnie źle … nie czuję „głodu” ani nic w tym rodzaju ale ciągle mam poczucie, że proces jeszcze się nie zakończył choć nie jestem do końca pewna. Mam stracha jak stąd do Peru… ale kłamałabym gdybym powiedziała, że nie planuję kolejnych spotkań z medycyną.

 

Powiecie dlaczego ? Nie dość Ci ? Po części dostałam w sumie to co chciałam … bo jak widzisz czytelniku zaczęłam pisać. Może to niewiele ale jednak jakiś początek. Zniknął we mnie całkowicie strach przed oceną moich tekstów. Potrafię kliknąć publikację i pięć minut później o tym zapomnieć. Oczywiście, że zależy mi aby teksty się podobały… ale to nie jest już to oczekiwanie jak to zostanie odebrane, czy ludzie pomyślą, że jestem ćpunką, że zwariowałam… Przestałam się chyba chować za rogiem maminej spódnicy. No a skoro nie potrafiłam inaczej i musiałam wejść do swojej podświadomości ? Widocznie taka jest moja droga i przynajmniej na chwilę pomimo strachu, wewnętrznych rozterek nie zamierzam kończyć mojej podróży w krainę snów.

 

Bo widzicie czekanie na cud, w nadziei że nasze życie cudownie się odmieni to jest coś w co nie wierzę od dawna. Jestem absolutnie przekonana, że muszę spróbować wszystkiego, bo siedząc na tyłku i narzekając na pewno tego nie osiągnę.

 

Trzymajcie kciuki aby ten przepływ pozostał ze mną nadal !!! Mam wrażenie, że jestem na właściwej drodze ;).

 

Ehdi

#ayahuasca#pisanie#psychologia#psychoterapia
Written by Ehdi Mars
  • http://wiedzmawie.pl Wiedźma Wie

    Powtórzę się – będę śledzić. Ba! Już to robię!