Moja podróż …. Do piekła !!!

Moja podróż …. Do piekła !!!

Niniejszy tekst jest trzecim z cyklu, jeśli nie czytałeś pierwszego koniecznie zapoznaj się z oświadczeniem, które znajdziesz TUTAJ, drugą część TUTAJ, a trzecią TUTAJ.

***************

Ludzie wyobrażają sobie piekło jako miejsce, w którym Lucyfer o dość ciekawym wyglądzie wrzuca ludzi do kotła i gotuje ich przez wieczność ale prawda jest raczej taka, że każdy z nas ma swoje własne piekło i nie istnieją dwa takie same piekła. Już wcześniej mówiłam wam, że ludzie opowiadali mi, że praca z Ayahuascą bywa czasem trudna i bardzo bolesna. Wydawało mi się jednak, że ja jestem w pracy nad sobą już mocno zaprawiona w bojach, nie przerażało mnie spotkanie z moimi traumami. Byłam jednak głupia bo nie rozumiałam, że zadaniem Ayi jest odnalezienie tego co nieuświadomione i rzucenie nam tego prosto w twarz.

Moja intencja na czwartą ceremonię ograniczała się głównie do usunięcia blokad i usprawnienia przepływów w moim życiu. Już podczas trzeciej ceremonii wyszło mi, że blokuje mnie strach przed oceną, ciągle jednak labilne poczucie własnej wartości oraz zwyczajny w świecie wstyd. Nie było to dla mnie jakoś szczególnie odkrywcze ale jednak liczyłam, że medycyna pracując w moim ciele da mi siłę do przezwyciężenia tych spraw.

 

Moja trzecia ceremonia była mega intensywna i nie miałam możliwości aby się dobrze wyspać przed czwartą. Liczyłam w głębi duszy, że przyjmę Ayahuascę i spędzę spokojny wieczór, wypełniony ewentualnie jakimiś wyraźnymi snami. Miałam przekonanie, że to czego oczekiwałam po przerwie od Ayahuascy już dostałam i teraz to będzie już relaks biorąc pod uwagę jak zmęczone jest moje ciało.

 

Nigdy przed tą ceremonią nie zastanawiałam się też co byłoby moim prywatnym piekłem. Wprawdzie przerażała mnie wizja przeżywania własnej śmierci, co ponoć często się jednak zdarzało… to sama śmierć przy moim piekle była po prostu zwykłym prostym Pikusiem, który dopiero niedawno przestał robić w gacie. Czasem piekłem może okazać się coś tak nie oczywistego i coś tak trudnego do ogarnięcia, że na co dzień nie jesteśmy w stanie nawet w najczarniejszych snach przewidzieć, czego boimy się najbardziej.

 

Ceremonia przebiegała identycznie jak poprzednio i dość szybko rozpoczęliśmy picie Ayachuascy. Ku mojemu zaskoczeniu pity po raz któryś już napar po raz pierwszy nie wydawał mi się wysoce obrzydliwy. Wypiłam Ayę z namaszczeniem i udałam się na swoje miejsce. Nawet nie poczułam nudności !!! Żadnych dolegliwości !!! Nic, zupełnie nic. Byłam niesamowicie zmęczona i nie próbowałam w ogóle tego analizować.  Jedyne czego pragnęłam to delikatna przeprawa do krainy snów i powolny niezakłócony przepływ. Byłam święcie przekonana, że zasnęłam. W mojej głowie minęło już kilka godzin….

 

Nagle obudziły mnie wyjątkowo intensywnie kolorystycznie wizje, bardzo jasne… trochę jak obraz kontrolny z poprzedniej ceremonii … kwiaty i chyba łeb jaszczurki. Najgorszy i najbardziej przerażający był ten głos, który zawładnął moją głową… to była Ayahuasca ale tym razem bardziej męska i mówiła do mnie w języku, którego absolutnie nie rozumiałam. Szczerze powiedziawszy nie sądzę aby te słowa funkcjonowały w jakimkolwiek nowożytnym języku. Nic nie miało sensu, a świat wydawał się nie mieć początku ani końca. Moją głowę bombardowały dziwaczne obrazy, miałam wrażenie, że znajduję się w najgorszym koszmarze, który dzieje się zdecydowanie zbyt szybko. Zaczęłam się dusić. Byłam przerażona i jedyne czego pragnęłam to obudzić się z tego snu. Zerwałam się na równe nogi ale gdy otworzyłam oczy okazało się, że jest jeszcze gorzej. Świat nie funkcjonował tak jak dotychczas, czas, przestrzeń… nie funkcjonowały. Ja też nie byłam sobą. Z każdą chwilą z każdym przymknięciem oczu dziwne głos wdzierały się do mojej głowy niczym robaki…

 

Znalazłam się we własnym piekle… piekle nad którym nie można było zapanować, bo widzicie moim najgorszym i najbardziej skrywanym lękiem była utrata kontroli. Właśnie wtedy poznałam swoje najgorsze i najbardziej skrywane piekło. Możliwe, że mam jeszcze kilka innych ale przynajmniej chwilowo nie chcę ich poznawać.

 

Nie potrafiłam zapanować nad tym co działo się z moim ciałem. Do tej pory podczas ceremonii w każdej chwili mogłam wrócić do rzeczywistości, w każdej chwili mogłam otworzyć oczy i się uziemić, bo może Aya działa halucynogennie ale wizje na jawie i zaburzenia w realnym świecie zdarzają się niezwykle rzadko. Tym razem nie było wyjścia … nie mogłam uciec od tego co się dzieje, nie mogłam po prostu otworzyć oczu… Ja stałam kurwa z szeroko otwartymi oczami i wiedziałam, że Ayahuasca pragnie abym oddała kontrolę…. ale ja nie potrafiłam tego zrobić. Nie potrafiłam się dać ponieść, odpuścić.

 

Nigdy w życiu tak bardzo się nie bałam … ale z drugiej strony gdy robiłam się bezwładna i przestawałam walczyć na chwilę odczuwałam ulgę. Do  tego momentu na każdej ceremonii panowałam też nad własnym ciałem. Wiedziałam kiedy pojawią się wymioty… mogłam wszystko przewidzieć. Tym razem po raz kolejny zerwałam się na równe nogi i moim ciałem wstrząsnęły silne torsje. Koleżanka obok podała mi miskę bo inaczej pewnie skończyłoby się to nienajlepiej.

 

Zaczęłam wymiotować, niezbyt obficie… to było bardziej jak manifestacja, że nic już nie zależy ode mnie i nie mogę kontrolować nawet własnego ciała. Głosy wypełniały moją głowę. Obrazy dokoła nie pomagały mi w żaden sposób odzyskać kontroli. Miałam wrażenie, że znajduję się w takim dziwnym domku gdzie krasnale chodzą po ścianach, a czas idzie do tyłu. Uwierzcie mi było to bardziej niż przerażające…

 

Chciałam wyjść na zewnątrz, zaczerpnąć świeżego powietrza ale wtedy uświadomiłam sobie, że chyba jestem jaszczurką. Niestety jaszczurki nie opanowały jeszcze sztuki chodzenia na dwóch nogach. Stałam tak zastygła z miską wpatrując się w moje wymiociny, które miały bladoniebieski świecący kolor… powoli opadałam z sił ale nie miałam pomysłu co z tym zrobić.

 

Ostatkiem sił udało mi się wyszeptać do koleżanki POMÓŻ MI !!!. Ona zabrała ode mnie miskę a ja po prostu bezwładnie opadłam na podłogę. Gdy tak leżałam poczułam, że porastam korą i staję się drzewem. Bałam się koszmarnie… byłam przekonana, że zwariowałam i całkowicie straciłam rozum. Zupełnie nie rozumiałam co się ze mną dzieje. Przemawiałam do Ayi, do szamana ale byłam w tym strachu całkowicie sama. Nie było gwizdania, nie było pomocy… musiałam przebrnąć przez o sama.

 

Przerażenie narastało a ja nie byłam w stanie wstać i przejść kilkudziesięciu metrów. Podejmowałam próbę za próbą ale bez powodzenia. W końcu przypomniało mi się, że mam w plecaku te papierosy, które kupiłam. Papierosy ? Rozumiecie, papierosy… byłam kurwa przestraszona jak nigdy, a jedyne o czym myślałam to fajki…

 

Patrzyłam na swoje dłonie porośnięte mchem… i powoli nie mogłam już znieść tego świata. Pragnęłam aby to wszystko się skończyło, chciałam się pozbyć tego ogromnego uczucia strachu, a jednocześnie nie byłam w stanie nic zrobić. Błagałam szamana, prosiłam Ayę o litość… ale wiedziałam, że tym razem pomoc nie nadejdzie. Chwilami wydawało mi się, że śmierć byłaby lepsza od tego strachu i tych uczuć oraz obrazów, które wypełniały moją głowę. Chciałam poprosić o pomoc ale nie bardzo wiedziałam kogo… nie bardzo wiedziałam gdzie i jak uciec.

 

W końcu heroicznym wysiłkiem udało mi się dowlec do sieni. Niestety ciemność oraz to co widziałam nie pozwoliło mi odnaleźć moich butów. Stwierdziłam, że mam to w nosie, chciałam jak najszybciej wyjść na zewnątrz… czułam, że tam przyjdzie ukojenie i wszystko się skończy. Otworzyłam drzwi i ku swojej rozpaczy odkryłam, że świeże powietrze nie wyczyściło mojej głowy. Świat na zewnątrz był jeszcze bardziej przerażający niż w środku. Zawisłam na kamiennych schodach trzymając się drzwi. Byłam przerażona ale jednocześnie coś pchało mnie aby skoczyć ze schodów na „trawę”, która w tamtym czasie była skupiskiem czarnych i dziwnych tworów, które patrzyły na mnie złowrogo.

 

Udało mi się w końcu przezwyciężyć strach i skoczyłam w dół. Gdy pod palcami poczułam zimną trawę zrobiło mi się nieco lepiej. Poczułam się uziemiona. Zapaliłam papierosa… który w tej sytuacji wydawał się wyjątkowo dziwny. Mój mózg zalewała fala myśli ale również głosów mówiących niezrozumiałym językiem. Powtarzałam sobie, że mam po prostu „bad trip” ale z drugiej strony moja głowa podpowiadała mi, że oto właśnie zrobiłam sobie krzywdę, że to wszystko moja wina, że tracę zmysły i już nic nie będzie takie samo.

 

Wróciłam do środka i położyłam się na swoim miejscu. Czułam, że dłużej już nie wytrzymam. Miałam wrażenie, że od początku ceremonii upłynęły już całe wieki. Zaczęłam płakać. Nie potrafiłam powstrzymać łez, a nawet nie chciałam. Ułożyłam się w pewnym momencie bezwolnie i poczułam jak staję się drzewem, czułam korę… soki krążące oraz liście… piękne cudowne liście jako przejaw życia. Nie było mi źle ani dobrze… ale nie mogłam zaznać spokoju. To co się działo nie dawało mi odpocząć i zmuszało do ciągłego przemieszczania. Moje ciało dawało mi również znać, że chce pozbyć się trucizny. Tak, trucizny… w tamtym momencie byłam przekonana, że dokonałam najgorszej rzeczy w życiu … wypiłam Ayahuascę i zatrułam swoje ciało. Wszystko co mówili inni nagle miało sens, Ayahuasca to trucizna i nie należy jej pić.

 

W końcu odnalazłam chwilę spokoju siedząc przy ogniu, wpatrując się w ołtarz i szamana. Im w bliższej odległości znajdowałam się od tego człowieka tym bardziej bezpieczne się czułam. Byłam przekonana, że niedługo nadejdzie poranek ale gdy udało mi się odczytać godzinę okazało się, że od rozpoczęcia ceremonii minęło dopiero 2,5 h.

 

Nawet gdy minął pierwotny trans to nadal nie było lekko. Nie potrafiłam po prostu zasnąć. W końcu gdy zobaczyłam świt wyszłam na zewnątrz i zapaliłam kolejnego papierosa. Spotkałam znajomą przy ognisku, która też dochodziła do siebie po nocy. Powiedziałam jej wtedy, jak straszne to było i że nigdy więcej tego nie zrobię. W końcu zasnęłam… mój sen nie trwał długo. Obudziłam się mocno wstrząśnięta, czułam się jakby ktoś spuścił mi niezły wpierdol poprzedniej nocy.

 

Gdy podszedł do mnie znajomy z zapytaniem jak było, jedyne co mogłam z siebie wydusić to …. ŹLE … bardzo źle. Pogładził mnie po ręce i powiedział, że teraz będzie już tylko lepiej. Nie bardzo rozumiałam tego co się stało. Próbowałam zjeść normalnie śniadanie i o tym nie myśleć. Ludzie dookoła zaczęli się nagle wydawać bardzo bliscy. Normalnie unikam takich sytuacji i szybko uciekam od nieznajomych… tym razem jednak okazało się, że jakoś łatwo idzie mi nawiązanie kontaktów. Weszłam w rozmowę z ludźmi, którzy byli już co najmniej na kilkudziesięciu ceremoniach, zaczęłam im opowiadać o swoim „bad trip”. Oni wysłuchali mnie i po wszystkim stwierdzili, że to nie był żaden „bad trip” to po prostu bardzo udana ceremonia gdzie odwaliłam kawał pracy nad sobą. Jeden z nich wytłumaczył mi, że przez następne kilka dni będę bardzo wrażliwa ale ogólnie odczuje efekty bardzo mocno. Namawiali mnie na koleją ceremonię ale ja byłam przerażona i uznałam, że dwa razy się zastanowię zanim znowu wypiję Ayahuascę ale ja już wtedy chyba wiedziałam, że spróbuję po raz kolejny.

 

*********

 

W tym miejscu zatrzymałam się z pisaniem mojego tekstu… bo trudno jest tak na świeżo powiedzieć cokolwiek, w szczególności jeśli kolejny tydzień po ceremonii jest wyjątkowo trudny.

 

Minął już prawie miesiąc od czasu kiedy pierwszy raz otworzyłam Worda i zaczęłam tworzyć ten cykl… ale tak musiało być, tak musiało się wydarzyć bo trudno jest mówić o emocjach i trudno jest opowiadać o tym co się zmieniło w życiu jak wszystko jest tak żywe, że prawie jeszcze krwawi.

 

W pewnym momencie zamknęłam Worda i przestałam pisać o swojej podróży bo po pierwsze chwilami sama nie byłam pewna, czy nie pomieszało mi się w głowie, a po drugie musiałam dać sobie czas aby móc zrozumieć to co naprawdę miało miejsce. W kolejnych odcinkach opowiem wam czy było warto, czy będą kolejne ceremonie i co ja w ogóle o tym wszystkim sądzę.

 

CDN…

 

Ehdi

#ayahuasca#psychologia#psychoterapia#samorozwój
Written by Ehdi Mars
  • http://www.kinoswinka.pl/ Ania Kalemba

    Niesamowita historia! 🙂

  • http://wiedzmawie.pl Wiedźma Wie

    Z pewnością teraz już nie jesteś taka sama. I całe czytanie tarota przed każdą z ceremonii poszło w pizdu 🙂 Ale to tylko dobrze!

    • http://ehdiblog.pl/ Ehdi Mars

      A ja liczę na to, że Twoje czytanie jednak się spełni 😉 ha ha ha. No i byłam na kolejnych dwóch ceremoniach, ostatnich już przed wakacjami. To co przeżyłam opiszę niedługo i teraz …. to prawda … nie jestem już taka sama ale chyba od razu to wiedziałam jak tam jechałam, że ja z tamtąd już nie wrócę … i nie wróciłam ;).