Moja podróż …. W zaświaty !!!

Moja podróż …. W zaświaty !!!

Niniejszy tekst jest drugim z cyklu, jeśli nie czytałeś pierwszego koniecznie zapoznaj się z oświadczeniem, które znajdziesz TUTAJ.

***************

Na kolejnej ceremonii byłam już w towarzystwie koleżanki …. każdy mnie namawiał aby zrealizować co najmniej dwie ceremonie pod rząd ale ja nie byłam tego pewna. Uważałam, że co za dużo to niezdrowo. Poza tym mój stosunek do Ayahuascy nadal był mocno sceptyczny… wiedziałam, że coś w tym jest. Miałam gdzieś w głowie poczucie, że przynajmniej na chwilę jest to moja ścieżka ale z drugiej strony ciągle miałam wątpliwości, podsycane przez jeszcze bardziej sceptyczne otoczenie.

Ludzie tacy jak ja kierują się intuicją … i choć moja głowa pracuje bez ustanku to ostateczne decyzje podejmuję sercem. Mój mózg może gadać… może opowiadać mi inne historie ale kiedy ja czegoś nie czuję to nie ma szans … nawet jeśli na poziomie racjonalnym wszystko wydaje się zajebiście. Co ciekawe moja intuicja rzadko się myli. To oznaczało, że i tym razem muszę jej zaufać.

 

Ceremonia, na którą się wybrałam poświęcona była zmarłym. To było dla mnie wyjątkowo istotnie bo ciągle miałam wrażenie, że fakt śmierci moich rodziców układa się mocnym cieniem na moim życiu pomimo upływu lat. Zrobiłam wiele aby ruszyć z kopyta. Włożyłam masę pracy w swój rozwój ale pewne sprawy wydawały się być silniejsze ode mnie. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że moi rodzice choć od dawna co najmniej metr pod ziemią to nadal rządzili moim życiem. Moją intencją na tą ceremonię było ostateczne zakończenie tej toksycznej więzi… chciałam po prostu iść dalej… dać im buzi na do widzenia, zapewnić że będę pamiętać ale jednocześnie po prostu wygoić wszystkie rany.

 

Tym razem na ceremonii czułam się już pewniej. Miałam towarzystwo i wiedziałam co za chwilę się wydarzy. Oczywiście czułam ekscytację bo Ayahuasca bywa ponoć nieprzewidywalna… jednak czułam się bezpieczna, bo wydawało mi się, że przecież jestem twarda i odporna na takie sprawy. Jedna z koleżanek poradziła mi abym podczas ceremonii spróbowała porozmawiać z Ayą. Wydawało mi się to wtedy co najmniej dziwne… no ale wiadomo, człowiek robi różne rzeczy…

 

Po wypiciu Ayahuascy podobnie jak poprzednio bardzo szybko poczułam mdłości. Za punkt honoru postawiłam sobie jednak aby „utrzymać” w sobie Ayę jak najdłużej, bo miałam wrażenie, że nie chce się przyjąć… naprawdę nie pytajcie, cokolwiek miałoby to oznaczać ;). Wymioty były naturalną częścią ceremonii ale każda substancja w naszym organizmie musi mieć swój czas aby zadziałać. Nie ma cudów. Leżałam sztywno bojąc się, że każdy ruch spowoduje wymioty… gdy mdłości jednak nie mijały, a usta wypełniały się śliną zgodnie z radą koleżanki i w kacie desperacji zaczęłam w głowie przemawiać do Ayi…prosiłam aby została, mówiłam, że nie chcę wymiotować, i wtedy usłyszałam głos… wokół mnie była ciemność.. nie było nic.. tylko ten głos.

 

– Musisz się wyrzygać – powiedziała.  Wiedziałam, że to Aya nie wiem skąd, nie wiem jak ale wiedziałam, że to ona… choć ponoć dla niektórych bywa to on… ale to w tej chwili mało istotne.

 

Zawarłam z nią wtedy pakt, że zwymiotuję pod koniec ceremonii ale teraz chciałam poczuć jak to jest. Aya przystała na moją propozycje i w ułamku sekundy zniknęły wszystkie moje mdłości. Poważnie, zupełnie jakby ktoś strzelił z palców i wszystkie niedogodności minęły.

 

Aya zapytała mnie o cel wizyty i powiedziałam, że chcę spotkać się z rodzicami … ona skinęła głową i odsunęła się choć zupełnie jej nie widziałam, bo wszędzie panowała ciemność ja jednak byłam w stanie odczytać to, że były tam pewne postaci. Za Ayą stali moi rodzice, a głownie mój ojciec. Nie widziałam zarysów… nie widziałam nic… to była ciemność ale przestrzeń, kolor, czas i wszystko inne co znane chyba wtedy nie istniało. Ja wiem, że było ale widziałam to nie tymi oczami.

Niewiele pamiętam z przebiegu tego spotkania z moim ojcem, bo głownie chyba o niego chodziło  ale wiem, że po tej ceremonii osiągnęłam względny spokój. Po raz pierwszy od lat przestałam się obwiniać za to, że nie było mnie podczas śmierci mojej matki. Osiągnęłam też pokój związany z moim ojcem, choć jak się później okazało proces integracji trwał jeszcze długo po ceremonii.

 

Po spotkaniu z rodzicami odbyłam wielogodzinną (choć w sumie nie mam bladego pojęcia ile trwała bo czas tu nie istniał) rozmowę z Ayą, która co ciekawe dała mi konkretne wskazówki na życie. Naprawdę mogłam wziąć kartkę i notować, nic więcej. Konkretna recepta na to co i kiedy mam zrobić. Aya zapewniła mnie też, że będzie mnie wspierać. Po tej rozmowie miałam jeszcze cudowne i niesamowicie przyjemne doznania dotykowe. Ostatecznie moje spotkanie z Ayahuascą zakończyło się nad ranem.

 

Niesamowite było też to, że choć nie palę od lat po zakończonej ceremonii wygrzebałam w samochodzie jednego zawieruszonego papierosa i zapaliłam… wiecie tak jak się pali po dobrym seksie ;). Nie byłam w stanie do końca określić co się wydarzyło … jak się wydarzyło ale wiedziałam, że Aya dała mi olbrzymią siłę. Możecie powiedzieć, że to były omamy, że to nie miało znaczenia ale szczerze mało mnie to interesuje. Ja wróciłam do domu szczęśliwa.

 

Musicie wiedzieć, że ja rzadko przestrzegam zasad, rzadko słucham rad ale tym razem postanowiłam się zastosować do wytycznych. Zgodnie z tym co powiedziała mi Aya skupiłam się na jedynej rzeczy, która dawała mi radość, czyli na sporcie. Odpuściłam pisanie zupełnie i nie czułam się winna, wiedziałam że tak po prostu musi być. Mój blog i fanpejdż porosły mchem, a ja zupełnie zapomniałam o tym, że kiedyś pisałam. Spędzałam na treningach mnóstwo czasu, zaczęłam bardziej dbać o dietę i nawet zgodnie z poleceniem zaczęłam zapuszczać włosy. Poważnie ? …. tak posłuszna to ja nigdy nie byłam ;).

 

Moje życie bardzo się ustabilizowało. Na zawsze pożegnałam rodziców i zaznałam spokoju. Pozwoliłam też sobie aby łatwo i bez napinki życie płynęło swoim torem. Ludzie na mnie napierali… ciągle oczekiwali, że nagle zacznę pisać, a ja wstawałam rano i jedyne co mnie interesowało to jaką mam dziś rozpiskę treningową. Z każdym upływającym miesiącem wiedziałam, że pisania mi nieco brakuje ale ciągle nie mogłam rozpocząć. Z drugiej strony byłam absolutnie spokojna i wiedziałam, że kiedyś nadejdzie ten dzień. Jednak każdego ranka przekonywałam się, że to jeszcze nie ten dzień, tydzień czy miesiąc.

 

Wtedy w mojej głowie zaczął kiełkować pomysł na nowego bloga związanego z CrossFitem. Wiecie w końcu jestem słynną CrossFit Grażyną i to mogłoby być połączenie przyjemnego z pożytecznym. Bardzo chciałam stworzyć nowego bloga ale im bardziej o tym myślałam tym mniejszy miałam pomysł. Nie chciałam się stać kolejną panną wrzucającą foty swojego tyłka i szczebiczącą o tym jak trening czyni mnie twardą. Niestety okazało się, że im więcej trenowałam tym mniej miałam ochotę o tym mówić. Robiłam swoje i tyle… Pomysł w głowie był ale jak zwykle  w moim życiu nie było ani kierunków rozwoju ani wizji, którą mogłabym zrealizować. Im więcej o tym myślałam, tym mniej sam pomysł zaczynał mi się podobać…. czyli w sumie nic nowego.

 

Dni mijały … a ja pół roku po drugiej ceremonii stwierdziłam, że jestem szczęśliwą kobietą tylko jednak chcę skończyć tą jebaną książkę i ją wydać. Tak normalnie… bez napinki usiąść przed laptopem i pisać, po prostu pisać. Udało mi się chyba nawet ogarnąć jakąś stronę lub dwie ale szybko mi przeszło.  Tak długiego tekstu jak ten nie napisałam chyba od ponad roku, a musicie wiedzieć, że te odcinki pisze po prostu ciurkiem „przy jednym posiedzeniu”…

 

Nie byłam przekonana, czy chcę nadal korzystać z Ayahuascy… no ale z drugiej strony miałam wrażenie, że choć osiągnęłam wiele to jednak no sorry ciągle są jakieś obszary, które nie pozwalają mi ruszyć do przodu. No i nagle po ponad pół roku pojawiła się okazja udziału w kolejnych ceremoniach… wiedziałam, że muszę to zrobić. Tym razem nie chciałam się oszczędzać, chciałam odbyć dwie ceremonie pod rząd. Miałam pełne zaufanie do szamana, wiedziałam, że wszystko jest w najlepszym porządku. Postawiłam wszystko na głowie aby mi się udało. No i się udało… nie spodziewałam się jednak wtedy, że poznam zarówno niebo jak i prawdziwe piekło…

 

CDN.

 

Ehdi

 

 

#ayahuasca#psychologia#rozwój#terapia
Written by Ehdi Mars
  • http://www.kinoswinka.pl/ Ania Kalemba

    Czekaliśmy tu na Ciebie i Twoje teksty ;)))

  • http://witajslonce.pl/ Dotee – Witaj Słońce

    Proszę o więcej 🙂

  • Pingback: Moja podróż… W krainie snów !!! – Świat według Ehdi()

  • http://wiedzmawie.pl Wiedźma Wie

    Ta Twoja książka, kiedy już będzie, będzie hitem. Szczerze <3

    Robiąc muzyczny nawias, to znasz?