Moja podróż …. Początek !!!

Moja podróż …. Początek !!!

Oświadczenie: Zanim rozpoczniecie czytanie poniższego cyklu, który będzie ukazywał się w odcinkach, chciałabym abyście wiedzieli, iż jestem absolutną przeciwniczką wszelkiego rodzaju narkotyków jak i dopalaczy. Mój tekst nie ma na celu popularyzowania jakichkolwiek środków o charakterze narkotycznym. Tekst przeznaczony jest dla osób, które ukończyły osiemnaście lat. Nikt nie powinien podejmować żadnych osobistych decyzji na podstawie cyklu moich publikacji. Poniższy tekst ma charakter osobisty i stanowi wyłącznie opis pewnego doświadczenia, które w każdym przypadku może mieć różny przebieg. Generalnie nie próbujcie tego w domu ;). Wchodzicie tu na własną odpowiedzialność.

************

 

Czasem przychodzą takie chwile, że musimy spróbować zrozumieć przepływ i to co dzieje się dookoła. Ja mam analityczny umysł, moja głowa nieustannie pracuje nie pozwalając sobie na chwilę przerwy… wiesz ja widzę kolor zielony i myślę „zielony to jak kolor liści, ten jest taki ciemniejszy, ale w sumie nie za ciemny…”. Mój mózg ma olbrzymi przymus myślenia i uwierzcie mi to jest cholernie męczące. Czasem po prostu boli głowa od tego wszystkiego, bo w życiu nie wszystko może zostać nazwane i wypowiedziane. Zniknęłam z tego bloga bo nagle pisanie zaczęło być przejawem tej ciągłej pracy mojego mózgu, a jak coś ciągle pracuje to w pewnym momencie aż krzyczy aby dostać urlop.

 

Nawet nie wiem jak to się stało ale pisanie słów zaczęło mnie boleć. To taki wielki dysonans gdy coś kochasz, a to jednocześnie sprawia ci ból. Uczymy się aby odpuszczać te trudne sprawy, terapie, psychologowie … wszyscy mówią jeśli boli to rzuć to w cholerę i nie wracaj. No ale w życiu nie wszystko jest takie proste bo jak coś kochasz to czasem w imię tej miłości będziesz cierpieć. Ja postanowiłam wziąć urlop … taki prosty urlop dla głowy ale nie dla ciała.

 

Wszystko zaczęło się niewinnie gdy podczas którychś z warsztatów usłyszałam, że można pogrzebać w swojej podświadomości. Osoby, które mnie znają wiedzą, że ja jestem otwarta i zawsze zainteresowana takimi rzeczami. Od dawna uważam, że świat nie jest taki oczywisty i nasze byty zależą od wielu rzeczy, które leżą gdzieś pod powierzchnią. Zbyt wiele razy jako zodiakalna ryba i osoba układająca tarota stawiłam czoła różnym energiom.

 

Rzuciłam bloga … bo tak… ale walczyłam. Walczyłam ze sobą, ze swoją głową i ze wszystkim. Chciałam za wszelką cenę osiągnąć sukces i chciałam aby słowa, które piszę miały znaczenie. Nie chciałam być zwykła, nie chciałam być płaska ale im więcej pisałam tym częściej miałam wrażenie, że taka się staję. Zaczęło mi uwierać fejsbukowe szaleństwo, bałam się napisać cokolwiek bo wszystko wydawało mi się głupie. Kogo w sumie mam informować, że właśnie podrapałam się po tyłku ? Kogo to do cholery interesuje i w ogóle po co?

 

Czułam się trochę jak taka dziwka, która z jednej strony nie ma nic ciekawego do zaoferowania ale w sumie bardzo pragnęłaby uwagi. W takiej sytuacji można zrobić wszystko by walczyć o tą chwilę uwagi czytelników… a z drugiej strony czuć do siebie obrazę. Z pełną odpowiedzialnością nazywam obecne społeczeństwo „attention whores” (dziwki żebrzące o uwagę) i sama przyznaje, że taka jestem. Drogi są jednak dwie…. można się tego brzydzić i olać sprawę albo można to przyjąć i przestać płakać nad internetyzacją ludzkich relacji.

 

Wszystko to było takie miałkie i nierealne. Mój mózg pracował… pracował i im dłużej to trwało tym większy bagaż problemów miałam. Jedyne ukojenie przychodziło w sporcie i już wiem dlaczego tak bardzo kocham czas kiedy skupiam się na treningu. Wtedy mój mózg w końcu się zamyka, czyści ze wszelkich myśli, spraw i problemów. Mijają wszystkie natręctwa, a głowa jest cudownie pusta.

 

Niestety wielu z nas ma przymus osiągania sukcesu i pchania do przodu wózka, którego ciężar czasem jest pod nasze siły. Nie potrafimy odpuszczać… bo to cholernie trudne… Czy ktoś z was kiedyś pozwolił sobie na chwilę siedzenia na tyłku i obserwowanie przepływu czasu ? Szamotałam się ze swoim pisaniem niczym ryba wyrzucona na brzeg. Czytałam książki dla pobudzenia kreatywności, a i tak wszystko szlag trafił. Ludziom wydawało się to takie proste … no usiądź i wydaj powieść… rób dalej bloga… a ja nie potrafiłam.

 

Przygnieciona brzemieniem odpowiedzialności, zaprzestałam oglądania statystyk, olałam swojego fanpejdża i okopałam się na swoich pozycjach ale też pozwoliłam zapomnieć o swoim istnieniu. Zniknęłam z blogosfery … tak po prostu… i nawet jeśli ktoś tęsknił i pisał do mnie to po czasie po prostu odpuścił… No bo ile można ?

 

Byłam zła i rozgoryczona ale z drugiej strony nie wiedziałam jak to naprawić. Pisanie było bolesne. Okazało się, że jego brak też zupełnie łatwy nie jest. Żyłam każdego dnia z poczuciem winy i porażki. Chciałam zrobić coś nowego…. zacząć od początku … zrozumieć… ale ostatecznie nic nie wychodziło.

 

I wtedy to się stało… koleżanka poradziła mi ceremonię Ayahuascy. Tak, tak wiem…. też nie wiedziałam nawet jak to się wymawia, a jak przeczytałam w internecie to prawie zrobiłam w gacie. Każdy kto mnie zna wie, że jestem koszmarnie antynarkotykowa. Dwa razy może paliłam trawkę i nie skończyło się to dobrze. Nigdy, przenigdy nie bawiłam się w żadne prochy. Jednak coś mnie wołało … sama nie wiem co to było. Do tego stopnia, że w swojej determinacji udałam się na ceremonię, na której o mało co nie dostałam zawału ze stresu. Byłam sama wśród obcych ludzi i miałam się właśnie „narkotyzować”.

 

Drżały mi ręce… serce waliło jak młot ale gdy poznałam szamana wiedziałam, że jego energia jest dobra, co nie zmieniło faktu, że byłam całkowicie obsrana i miałam ochotę uciec. Najchętniej schowałabym się w kącie i udawała, że mnie tam nie ma.

 

Pod koniec oficjalnej części ceremonii wszyscy uczestnicy dostali od szamana obrzydliwy, brunatny płyn do wypicia. Sam smak powodował u mnie odruch wymiotny. Zupełnie nie wiedziałam czego mam się spodziewać wróciłam więc na swoje miejsce i czekałam na fajerwerki. Pół godziny później poszłam sobie elegancko zwymiotować…. ale nic się nie wydarzyło … nic .. rozumiecie ? Pokonałam tyle przeszkód, jechałam tak daleko aby dowiedzieć się, że oto nic się nie wydarzy ? W połowie nocy zostałam obudzona przez chłopaka, który leżał obok mnie. Powiedział, że szaman właśnie podaje drugą dawkę i powinnam wziąć bo widział, że dość szybko wymiotowałam. Uznałam, że może mieć rację. Prawdopodobnie medycyna nie zaczęła na mnie działać bo szybko się jej pozbyłam.

 

Po drugiej dawce skupiłam się głównie na tym aby opanować swoje ciało i nie zwrócić zawartości żołądka. Bardzo chciałam mieć wizje… i nagle urwał mi się film… po prostu zasnęłam i po obudzeniu nie pamiętałam dokładnie nic z tego co się wydarzyło. Na piękne zakończenie ceremonii puściłam tylko pawia i miałam ochotę jak najszybciej uciec od wszystkich.

 

Wróciłam z ceremonii mocno rozczarowana, niewyspana i generalnie nieszczęśliwa. Wiedziałam, że Aya działa różnie na ludzi ale cholera jasna ja spodziewałam się co najmniej mocnego pierdolnięcia… (wtedy jeszcze nie miałam pojęcia co mówię) tymczasem dostałam jedno wielkie NIC. Nie wierzyłam w to co mówili ludzie, że zmiany zaczną się pojawiać, że to nic nie znaczy, że nie miałam halucynacji. Każdy mówił mi ZAUFAJ… a ja mówiłam …. taaaaa jasne….

 

Niektórzy znajomi dodatkowo zaczynali mi podtykać pod nos niepochlebne artykuły o Ayahuasce o fałszywych szamanach, wykorzystywaniu seksualnym i całej masie innego szitu. Przez chwilę… przez krótką chwilę czułam się totalnie nabita w butelkę. Zauważyłam jednak po powrocie, że zaczynam się powoli zmieniać… zupełnie tego nie rozumiałam ale ku swojej uciesze ostatecznie i bezpowrotnie pozbyłam się koszmarnego nałogu spożywania olbrzymich ilości coli zero… Wcześniej nie wyobrażałam sobie życia bez co najmniej literka dziennie … nagle stało mi się to zupełnie obojętne.

 

Zaczęłam mieć też wyjątkowo żywe i ciekawe sny. Przypomniało mi się też, że podczas ceremonii mocno śniłam ale nie mogłam sobie przypomnieć ich treści. Ciągle nie byłam przekonana ale wiedziałam jedno … musiałam iść na kolejną ceremonię…

 

 

CDN…

 

Ehdi

#ayahuasca#inny wymiar#samorozwój
Written by Ehdi Mars
  • http://kroliczekdoswiadczalny.pl/ Asia | Króliczek Doświadczalny

    Wow, to jest powrót w mocnym stylu. Czekam na kolejną część!

    • http://ehdiblog.pl/ Ehdi Mars

      Kochana cieszę się, że jesteś 😉 Fajnie to odkryć, że ktoś jeszcze nie zapomniał ;).

  • Karolina

    Wiesz…właśnie mam ciężki czas…walczę ze sobą, i caly czas wracam do „starych metod”, przekonan i nawykow , ba nawet przez myśli mi przeszło za Aya już przestała działać…
    Patrzę, klikam, czytam i czekam na kolejną część…a Tobie dziękuję za to że jesteś, byłaś przy mnie i za to, że tak pięknie piszesz 🙂
    KAROLINA 🙂 siostra Marceli 😉

    • http://ehdiblog.pl/ Ehdi Mars

      Kochana rozumiem czasem integracja po Ayi bywa trudna bo pracę trzeba wykonać samodzielnie. Ja wybieram się znowu ale obsrana jestem koszmarnie i nie wiem czy starczy mi jaj na to. Kiedy będziesz w Warszawie może uda się spotkać ?

  • http://www.kinoswinka.pl/ Ania Kalemba

    Jak zwykle jedno wielkie wow!

  • Pingback: Moja podróż …. W zaświaty !!! – Świat według Ehdi()

  • Pingback: Świat według Ehdi()

  • Pingback: Moja podróż …. Do piekła !!! – Świat według Ehdi()

  • http://dizajnuch.pl/ Jacek eM: dizajnuch

    Psiakrwia… Ale tak wiesz, z podziwem 🙂