Wyszłam na chwilę… zaraz wracam …

Wyszłam na chwilę… zaraz wracam …

Jest godzina 6 rano… obudziłam się jak co dzień. Obok leży Frania i znów muszę podłączyć jej kroplówki. Trudno jej czasem wytłumaczyć, że robię to dla niej. Wenflon ma już kilka dni, więc trochę nie działa za dobrze. Muszę znaleźć właściwe ułożenie łapy, a później próbować nie zasnąć aby pilnować czy leci i aby przepiąć butelki w odpowiednim czasie. W korytarzu leży stos kartonów gotowych do przeprowadzki i upierdolone buty bo wczoraj byłam w nowym mieszkaniu na placu boju. Wróciłam załamana, że remont przebiega zbyt wolno… Czekając aż spłynie kroplówka otwieram komputer i patrzę jak mój program pocztowy wypełnia się kolejką maili. Chwilami mam już przez to mdłości.

Dlaczego mnie nie ma ?

 

Przez ponad miesiąc nie wyrzuciłam z siebie ani słowa. Po prostu zamknęłam się w małym światku własnej rzeczywistości, w której nie ma ani chwili spokoju. Śpię po kilka godzin na dobę i tak szczęście, że już śpię bo na początku choroby Fran spałam po maks dwie godziny i musiałam za każdym razem wychodzić z suką. Moje życie z suką kręci się w okół długich godzin w lecznicy, kroplówek, kolejnych leków i….. bezradności.

Wszystko co miało się układać bardzo pięknie i bezproblemowo niestety nie działa.

 

Ponoć remont i zmiana pracy to najbardziej stresujące i traumatyczne przeżycia w życiu człowieka. W moim przypadku zmiana pracy nigdy mnie nie stresowała za to remonty i przeprowadzki chyba jednak podwójnie.

 

Na walizkach…

 

Zmiany są fajne ale wymagają poświęceń. Następny miesiąc spędzę całkowicie na walizkach mieszkając kątem u znajomych licząc, że może mój wykonawca w końcu zepnie dupę i możliwa będzie przeprowadzka do mojego nowego lokum. Chwilami nie mam czasu nawet aby się w tyłek podrapać ale głównie powiem Wam szczerze, że nie mam ochoty pisać.

 

Jestem najnormalniej w świecie po ludzku zmęczona i nie mam siły ani chęci na tworzenie motywacyjnych tekstów czy wiekopomnych rozkmin. To bardzo trudne w sytuacji gdy wszystko niby powoli wali ci się na głowę i choć wiesz, że to zmiana na lepsze to jednak czasem wszystko ściska za gardło.

 

Akceptacja…

 

To chyba czasem dla mnie najbardziej trudne zadanie. Wczoraj gdy stałam z moim wykonawcą od szaf i patrzyłam na nowe mikroskopijne lokum rozplanowane w każdym szczególne zaczęłam się po prostu dusić. Wszystko miało być tak pięknie, tak cudownie ale w starciu z rzeczywistością człowiek po prostu zaczyna się bać. W takich chwilach wychodzi ze mnie czasem małe dziecko. Mam ochotę po prostu usiąść na krawężniku i powiedzieć „mam to kurwa w dupie, dlaczego ja to muszę sama”. Efekt jest taki, że muszę się wewnętrznie ogarnąć i zrobić to co należy, bo takie jest dorosłe życie i nikt nic na to nie poradzi.

 

Trudno mi czasem zaakceptować swój własny los takim dokładnie jaki on jest… i choć wiem, że tu tkwi klucz do prawdziwej zmiany i szczęścia to jednak chwilowo naburmuszam się niczym mała dziewczynka, tupię nogami i staram się płynąc pod prąd. Coraz bardziej się jednak poddaje, coraz mniej we mnie walki. Będzie jak będzie, podjęłam kilka trudnych decyzji, niektórych z perspektywy czasu żałuje ale nic tego nie zmieni.

 

Wrócę !

 

Nie porzucam bloga, nie porzucam pisania… Głupie Serce mocno wywołała mnie do tablicy… ale żyję, jestem. Oddycham i głównie na tym się skupiam czerpiąc siłę ze słońca.

 

Teraz powinnam spać jeszcze godzinę bo skończyłam sucze kroplówki i powinnam się walnąć na momencik bo w sumie mało spałam ale zdecydowałam, że napiszę ten tekst choć pewnie będę przysypiać w ciągu dnia.

 

Trzymajcie kciuki aby wszystko się poukładało i abym ja miała w sobie więcej akceptacji na rzeczywistość ;).

 

Buziaki  nie martwcie się bo jestem.

 

Ehdi

#przeprowadzka#remont
Written by Ehdi Mars